|
|
||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
| |
||
| |
||
| |
||
| |
||
| |
||
| |
||
| |
||
| |
||
| |
||
| |
||
| |
||
| |
||
| |
||
| |
||
|
|
||
Było to tuż po świętach Bożego Narodzenia, jakieś trzynaście miesięcy po śmierci mojej córki. Ciągle nie mogłam pogodzić się z losem i tego wieczoru zasypiałam płacząc do poduszki.
W trakcie snu przyszła do mnie Joy i usiadłyśmy razem na nisko zwisającej gałęzi, a pejzaż wypełniony był światłem i nadzwyczaj wyrazistymi kolorami. Barwy drzewa, zieleń trawy i błękit nieba emanowały niezwykle intensywnie.
Joy wyglądała na szczęśliwą. Ubrana była w pastelowo-różową, prześwitującą szatę z delikatnego, zwiewnego materiału, z długimi rękawami i szarfą dokoła bioder. Nie przypominało to żadnych ubrań, które nosiła za życia.
Gdy usiadłyśmy, objęła mnie i położyła głowę na mojej lewej piersi. Wyraźnie czułam jej ciężar i ciało.
Joy powiedziała, że musiała odejść, ale mogła mnie odwiedzić. Na potwierdzenie odfrunęła, by za chwilę pojawić się ponownie i usiąść na tej samej gałęzi. Dawała mi do zrozumienia, że niepotrzebnie tak się zamartwiam, gdyż nie rozstałyśmy się na zawsze.
Pocieszała mnie. Była szczęśliwa i chciała, abym przestała rozpaczać. Uścisnęła mnie mocno i posiedziała jeszcze chwilę ze mną, jednak wkrótce musiała odejść.
Gdy się obudziłam, czułam ogromną ulgę, ponieważ byłam w pełni przekonana, że Joy naprawdę odwiedziła mnie we śnie. Od tego dnia mój stan zaczął się poprawiać i powoli żegnałam się ze smutkiem. Zrozumiałam, że moja córka musiała udać się dalej w swoją wędrówkę, a ja miałam zająć się innymi rzeczami w życiu.
Wydarzyło się to jeszcze przed moim snem, jakieś sześć czy osiem miesięcy po śmierci Joy. Bob był niecałe dwa lata starszy od swojej siostry i absolutnie nie mógł pogodzić się z jej śmiercią.
Tęsknił za nią potwornie, a jego cierpienie było dojmujące. Z jednego z najbardziej lubianych dzieciaków w szkole stał się samotnikiem, któremu towarzyszył jeden lub dwoje przyjaciół. Wracał do domu i oznajmiał: "Kolejny, okropny dzień..."
Pewnego wieczoru uczył się w swoim pokoju, a ja z mężem oglądaliśmy w salonie program telewizyjny. Nagle do pokoju wpadł Bob, krzycząc: "Mamo! Właśnie zobaczyłem Joy!". Gdy uspokoił się, opowiedział nam, co się wydarzyło.
Starał się właśnie skoncentrować nad nauką, choć przychodziło mu to z trudem, gdy w pewnym momencie podniósł głowę i ujrzał Joy stojącą naprzeciw szafy.
Była ubrana w spodnie dżinsowe i krótką koszulkę, jakiej nigdy na niej nie widział. Włosy miała ułożone tak jak zawsze. Nie odezwała się do niego, ale wyrazem twarzy dawała wyraźnie do zrozumienia, że ma się dobrze i że wszystko jest w porządku.
Mówił, że był tak wystraszony, że przez kilka minut nie mógł się poruszyć, ani wypowiedzieć żadnego słowa. Po chwili podskoczył w jej kierunku, ale jej już tam nie było. Wtedy zaczął krzyczeć i zbiegł na dół.
Pielęgniarka z hospicjum zadzwoniła do mnie do domu, aby powiedzieć, że Howard umiera, choć może to trwać nawet kilka godzin. Będąca przy nim żona przeżywała załamanie i prosiła, abym przyjechała. Odparłam "Oczywiście" i natychmiast poszłam się przebrać.
Wtem, stojąc przed szafą, poczułam obecność Howarda. Stał po mojej prawej stronie, emanował lekką energią, pełną radości i wolności.
Wydawało mi się, że w sercu słyszę jak żegna się ze mną i dziękuje za moją pomoc. Całe przeżycie było krótkie i trwało jakieś trzydzieści sekund.
Po chwili spojrzałam na zegarek, na którym widniała godzina 4:23. Pojechałam do domu Howarda, a gdy weszłam, powiedziano mi, że zmarł dokładnie o 4:23.
Rankiem, po śmierci Ray'a, usłyszałam jego głos: "Zapomniałem wpłacić do banku pieniądze, które są w kieszeni mojego płaszcza. Przełóż je lepiej do swojej portmonetki." Brzmiało to tak, jakby stał tuż za mną, po prawej stronie.
Poszłam sprawdzić kieszenie w jego płaszczu i naprawdę znalazłam pieniądze! Było to trochę ponad trzysta dolarów gotówką! Przydało się bardzo w tamtym okresie.
Sprzedaliśmy tuż przed jego śmiercią samochód. Ray włożył pieniądze do kieszeni i miał je później wpłacić do banku, a ja nie wiedziałam, że nie zdążył.
Stałam w kuchni przed zdjęciem i prochami Andrew'a. W pewnym momencie podszedł do mnie Kyle, nasz drugi syn, i objął mnie. Po chwili dołączył do nas mój mąż Doug i wszyscy zastygliśmy w uścisku.
Gdy tak staliśmy objęci, a łzy spływały nam po policzkach, poczuliśmy delikatny nacisk na ramiona, jakby ktoś nas obejmował. Pomyślałam w sercu, że to Andrew, a Doug i Kyle - jak się później okazało - mieli podobne wrażenie. Wszyscy czuliśmy ciepło jego uścisku i miłości, a gdzieś w głowach usłyszeliśmy: Hej, ludziska, wszystko w porządku!.
Nie trwało to dłużej niż trzydzieści sekund i później ciepło i dotyk znikły. Jednak dzięki temu jeszcze raz po śmierci Andrew'a całą rodzinę połączył wspólny uścisk.
W dzieciństwie wychowywałam się wraz z kuzynem. Bawiliśmy się razem i wzajemnie znaliśmy wszystkie swoje sekrety. Zawarliśmy porozumienie, że kto z nas umrze pierwszy, to w miarę możliwości skontaktuje się z drugą osobą. Oczywiście nie wiedzieliśmy jak to się odbędzie, ale w jakiś sposób na pewno.
Trzy dni po śmierci Larry'ego, gdy wchodziłam do sypialni poczułam raptem, że Larry pojawił się przy mnie. Pokój wypełnił się zapachem jego ulubionej wody kolońskiej English Leather, którą używał przez całe życie. Podkreślam, że z powodu alergii nie trzymam w domu żadnych perfum, a mój mąż nie używa żadnej wody kolońskiej.
Powiedziałam tylko "O mój Boże, przecież to Larry!". Całe moje jestestwo wrzało od emocji i zrozumiałam, że Larry dotrzymał słowa. W ten sposób informował mnie, że po śmierci nadal coś jest.
Po jakimś czasie zapach i odczucie jego obecności zupełnie znikły. Byłam jednak szczęśliwa, że udało mu się dotrzymać naszej umowy z dzieciństwa. Naprawdę nam się udało!
Razem z babcią byłyśmy bardzo ze sobą zżyte, gdyż mieszkałam z nią przez sporą część swojego dzieciństwa. Od młodości była kaleką i nie pamiętam, abym widziała ją stojącą w normalny sposób.
Na drugą noc po jej śmierci leżałam w łóżku i nie mogłam zasnąć. Oczy miałam szeroko otwarte i nagle - ujrzałam ją! Stała wyprostowana i wyglądała na 30-35 lat. Jej postać była tak realna, jakby było to naprawdę ludzkie ciało.
Miała krótkie, kręcone włosy i uśmiechała się słodko. Nie odezwała się do mnie, ale poczułam, że chciała pokazać mi, iż teraz może stać prosto.
Ubrana była w staromodną sukienkę w dziwny wzór: czerwony pas na białym tle. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Stała i uśmiechała się. Po chwili wstałam i zapaliłam światło, ale już jej nie było.
Następnego ranka opowiedziałam o tym zdarzeniu mojej cioci. Opisałam jej sukienkę babci, a ona zabrała mnie do piwnicy, zaczęła przerzucać ubrania w jakichś starych skrzyniach i... wyciągnęła narzutę, którą moja babka sama uszyła! To był ten sam materiał - czerwony pas na białym tle!
Gdy Ray umarł, nasi czterej synowie mieli od ośmiu do trzynastu lat. Trzej starsi synowie wiedzieli, że ojciec źle się czuł i rozumieli, co się wydarzyło. Ale nasz najmłodszy syn, ośmioletni Jesse, był przerażony i zdezorientowany.
Ray bardzo kochał swoich synów i zawsze z nimi rozmawiał na różne tematy. Jeździliśmy razem na kempingi, omawialiśmy razem różne problemy. Spędzaliśmy ze sobą dużo czasu.
Dwa dni po śmierci Raya szłam korytarzem w naszym domu i gdy dochodziłam do dużej sypialni, zobaczyłam Jesse siedzącego na łóżku ze swoim ojcem! Tata obejmował go ramieniem i rozmawiał z nim. Ray wyglądał naturalnie, jakby nic się nie stało. Był bardzo spokojny.
Ray był świadomy, że ich zobaczyłam. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się, ale ręką pokazał, abym wróciła z powrotem na dół. Wycofałam się, schowałam za rogiem i czekałam prawie piętnaście minut.
Jesse w końcu wyszedł z sypialni. Wyglądał jednak dużo lepiej niż wcześniej - był spokojniejszy i szczęśliwszy. Czułam, że Ray wytłumaczył mu co się stało. Gdy mnie zobaczył, od razu powiedział: "Tata powiedział mi, że musiał odejść i już nie wróci, ale mamy się o niego nie martwić - wszystko będzie dobrze".
Wcale się tym nie zdziwiłam. Było to dla mnie naturalne, że Ray pojawił się swemu najmłodszemu synowi, który dzięki temu pogodził się z nową sytuacją i mógł dalej żyć.
Dzięki
temu, że Lois była świadkiem tej ważnej, poufnej rozmowy ojca z synem,
mogła natychmiast okazać mu swoje wsparcie, gdy spontanicznie podzielił
się z nią swoim przeżyciem. Na nieszczęście w naszym kręgu kulturowym
wiele dzieci napotyka na niezrozumienie ze strony dorosłych, gdy zwierzają
się ze swoich przeżyć komunikacji pośmiertnej.
Bill i Judy Guggenheim
Pozdrowienia z niebios!, Potwierdzenie - Wspólne ADC
Daniel
jest pracownikiem społecznym i mieszka w stanie Minnesota. Po śmierci
swojej żony Kathy, która w wieku 28 lat zmarła na raka, przez cztery
kolejne noce przeżył serię oświecających wizji ADC:
Gdy położyłem się spać w dniu, w którym zmarła moja żona, byłem zmęczony i wyczerpany. Starałem się odprężyć, ale przez moją głowę przebiegały tabuny myśli. Nagle gdzieś w środku ujrzałem zdjęcie Kathy. Zdziwiłem się, ale nawet po otwarciu oczu nadal widziałem jej obraz. Ogarnął mnie błogi spokój i poczułem, że jest przy mnie obecna.
Kathy była piękna; miała piękne rysy twarzy i ubrana była w cudowną, białą i zwiewną sukienkę. Lśniła jak nigdy wcześniej. Znowu miała swoje długie, ciemne włosy, które straciła w czasie chemioterapii. Byłem pod wrażeniem jej piękna.
Zaczęliśmy telepatyczną rozmowę. Kathy powiedziała, że jest bardzo szczęśliwa, że spotkała swoich dziadków i innych krewnych. Powiedziałem, że ją kocham i akceptuję to, że odeszła i nie musi już cierpieć.
Cieszyliśmy się sobą wzajemnie przez jakiś czas i podziękowałem jej, że cały czas jest ze mną. Gdy jej obraz zaczął znikać, obiecała, że będzie przy mnie, kiedykolwiek będę jej potrzebował.
Kolejnej nocy tuż po położeniu się do łóżka czułem otępienie. Myśli tłoczyły mi się w głowie, czy zrobiliśmy dla Kathy wszystko tak jak trzeba. Po chwili znów poczułem jej obecność i ujrzałem Kathy, ubraną w jeszcze jaśniejszą i zwiewną szatę. Światło było dosłownie wszędzie - wypływało z niej, było za nią i dokoła niej.
Zwierzyła się, że spotkała jeszcze więcej swoich przyjaciół oraz krewnych i była bardzo zajęta. Zasugerowałem, że mogłaby spotkać się ze św. Franciszkiem, który wiele dla niej znaczył.
Rozmawialiśmy też o dzieciach, a Kathy zapewniła mnie, że będzie czuwać i nie powinienem się martwić. Podziękowała mi za opiekę nad nią, a ja za zaufanie, jakim mnie obdarzyła. Po chwili zasnąłem.
Następnego dnia pochowaliśmy jej ciało, a ja czułem się tak, jakbym do końca nie rozumiał, co się stało. W nocy ponownie zobaczyłem Kathy. Była jeszcze piękniejsza, jaśniała jeszcze bardziej - jakby jej ciało zrobione było z czystego światła.
Zapytałem Kathy, jak wygląda niebo. "Jestem tu taka szczęśliwa - odparła. - Nie ma między nami żadnych barier. Możemy w pełni odczuwać dobroć, która jest w każdym z nas i dobroć każdej innej duszy. Dzięki tej dobroci wzrastamy, rozwijamy się; nasze możliwości poznawania dobroci są coraz większe; coraz lepiej potrafimy odczuwać dobroć innych osób, które poznajemy. Aż nie mogę się doczekać, kiedy sam będziesz mógł poznać tę miłość i wolność!". Jeszcze jakiś czas rozmawialiśmy ze sobą, aż wizja znikła zupełnie.
W czwartą noc wizja pojawiła się zaraz po tym, jak znalazłem się w łóżku. Tak jak wcześniej, mogłem mieć otwarte lub zamknięte oczy - wizja cały czas pozostawała przede mną. Tym razem jednak Kathy nie była już bardzo widoczna, gdyż światło było jeszcze bardziej intensywne, niż poprzednio.
- Chodź ze mną - zaproponowała. - Chciałabym ci coś pokazać.
W jakiś sposób stałem się nagle częścią tej wizji. Poruszaliśmy się ścieżką wzdłuż pięknej doliny, a wokół nas ciągnęły się poszarpane łańcuchy górskie, które schodziły się w jeden szczyt, gdzieś daleko, na jej końcu.
- To jest życie - powiedziała. - Jest wiele ścieżek poprzez dolinę, na których spotkasz wielu ludzi. Każdy będzie miał własne zrozumienie dobra i zła, a ty powinieneś cieszyć się ich towarzystwem i akceptować takimi, jakimi są. Niektórzy docierają na szczyt jako pierwsi, a inni muszą przecierać swój szlak przez całe życie.
Postać Kathy powoli zmieniła się w lśniące, białe światło u szczytu doliny. W końcu światło wchłonęło ją całkowicie, a następnie połączyło się z innym, podobnym światłem na szczycie góry. Nie czułem się porzucony. Cieszyłem się, że Kathy weszła w światło, że stała się światłem i że światło to nie miało żadnych granic. Jej światło docierało do mnie i na zawsze stało się częścią mnie samego.
To była ostatnia wizja. Byłem jednak usatysfakcjonowany i nie czułem żadnej straty. Przeżycia te były tak żywe i realne, że nie miałem cienia wątpliwości co do ich autentyczności. Wszystkie cztery wizje wydały mi się pewną całością, jakby były pełne same w sobie.

2003 © BMG Wszelkie prawa zastrzeżone
Niektóre treści pochodzą ze stron towarzystwa
The Society of Spiritual Regression - www.SpiritualRegression.org
lub The ADC Project - www.after-death.com

![]()
Created by Szerszyński